NIE PRZEŚPIJ WŁASNEGO ŻYCIA | WDZIĘCZNOŚĆ ZA KAŻDY PORANEK
Hejka! Ostatnio na lajwie rozmawialiśmy o tym, że ludzie bardzo często nie zauważają tych małych, fajnych rzeczy, które dzieją się każdego dnia. Za to problemy potrafimy dostrzec natychmiast: coś się zepsuło, coś nie wyszło, ktoś nas zdenerwował, pieniędzy mogłoby być więcej, pogoda nie taka, praca męczy, człowiek nie ma czasu. Lista potrafi nie mieć końca. Sama zaczęłam się później nad tym zastanawiać i doszłam do wniosku, że bardzo dużo zależy od naszego podejścia i perspektywy. Może wcale nie chodzi o to, żeby nie mieć problemów. Takie życie chyba nawet nie istnieje. Może bardziej chodzi o to, żeby w tych wszystkich codziennych trudnościach potrafić dostrzec coś wartościowego. Coś, co nas czegoś nauczy, popchnie w innym kierunku albo zmusi do podjęcia decyzji, której wcześniej baliśmy się podjąć.
Nie każda trudna sytuacja od razu musi być piękną „lekcją od losu”, bo czasami coś jest po prostu do dupy i tyle. Mimo wszystko nawet takie doświadczenia wywołują w nas emocje, zmieniają sposób patrzenia na pewne sprawy i z czasem często okazuje się, że dzięki nim coś zrozumieliśmy. Człowiek przeżywa, próbuje, czasem dostaje po tyłku, innym razem odnosi sukces i chyba właśnie w ten sposób cały czas się rozwija. Gdyby wszystko przez całe życie było takie samo, chyba byłoby mi zwyczajnie nudno.
Nie mam tutaj na myśli, że spokojne czy poukładane życie jest gorsze. Każdy ma inne potrzeby i dla każdego szczęście będzie oznaczało coś zupełnie innego. Ja po prostu mam takie podejście, że w życiu warto być kreatywnym, a może nawet trzeba. Warto czasami zrobić coś inaczej, spróbować, stworzyć coś swojego, popełnić błąd, zmienić zdanie albo zacząć od początku. Życie w stagnacji, wiecznie na tym samym poziomie mentalnym, bez nowych emocji, pomysłów i doświadczeń, byłoby dla mnie zwyczajnie szarą egzystencją.
Najbardziej zastanawia mnie jednak to, jak łatwo jako dorośli rezygnujemy z własnych marzeń. Kiedy jesteśmy dziećmi, potrafimy wymyślić sobie sto różnych wersji przyszłości. Chcemy śpiewać, malować, podróżować, mieć własną firmę, napisać książkę, zbudować dom albo zrobić coś kompletnie szalonego. Później przychodzi dorosłość, rachunki, praca, kredyty, obowiązki i nagle wiele z tych pomysłów ląduje gdzieś bardzo głęboko w szufladzie. Oczywiście, że pieniądze są ważne. Rachunki same się nie opłacą, jedzenie samo nie pojawi się w lodówce i trudno żyć samymi marzeniami. Czasami jednak zastanawiam się, dlaczego tak łatwo całkowicie porzucamy swoje ambicje. Czy naprawdę nie mamy już możliwości, czy po prostu z czasem zaczynamy od siebie mniej wymagać?
Może trochę rozpieścił nas współczesny świat. Wszystko ma być szybkie, wygodne i najlepiej dostępne od razu. Kiedy coś wymaga miesięcy albo lat pracy bez gwarancji sukcesu, bardzo łatwo powiedzieć: „to nie ma sensu”. Może to lenistwo, może strach przed porażką, a może zwyczajnie przyzwyczailiśmy się do wygody. Sama nie znam jednej odpowiedzi.
Ostatnio jeszcze bardziej nachodzą mnie takie myśli, bo już po żniwach. Patrzę na pola i jeszcze niedawno wszystko było zielone, później złote, wysokie i pełne życia, a teraz zostało ściernisko. Niby zwyczajny widok, który powtarza się każdego roku, a jednak jest w nim coś niesamowicie symbolicznego. Coś urosło, dojrzało, zostało zebrane, a później zrobiło miejsce dla czegoś nowego. My chyba też czasami potrzebujemy takich własnych żniw. Trzymamy się jakiegoś etapu życia tylko dlatego, że go znamy. Trzymamy się pracy, przyzwyczajeń, planów, a czasami nawet własnej dawnej wersji, chociaż już dawno czujemy, że coś się skończyło. Może pewne rzeczy naprawdę trzeba zakończyć. Lekcja została odrobiona, doświadczenie zabrane ze sobą i można zrobić miejsce na kolejny etap. Przemijanie brzmi trochę smutno, ale przecież bez przemijania nie byłoby nowych początków.
Coraz częściej myślę też o czymś banalnym, o czym łatwo zapomnieć. Otworzyłam dzisiaj rano oczy. Wstałam. Mogę zrobić sobie herbatę, wyjść na dwór, zobaczyć te pola, pogłaskać kota, coś ugotować, nagrać film, zdenerwować się na jakąś głupotę, za godzinę się z niej śmiać i wymyślić kolejny plan. Dostałam następny dzień swojego życia i przecież wcale nie było nigdzie napisane, że mi się należy. Może właśnie od tego powinna zaczynać się wdzięczność. Nie od wielkich sukcesów, pieniędzy i spektakularnych wydarzeń, tylko od zwykłego: „kurczę, jestem tutaj i mam jeszcze jeden dzień, żeby coś z nim zrobić”.
Czas i tak będzie płynął. Pola znowu zrobią się zielone, później złote, przyjdą kolejne żniwa i ani się obejrzymy, a minie następny rok. Nie mamy wpływu na to, że czas ucieka. Mamy jednak jakiś wpływ na to, czym go wypełnimy.
Jestem więc ciekawa Waszego zdania. Naprawdę brakuje nam dzisiaj możliwości do realizowania marzeń, czy może czasami sami zbyt łatwo znajdujemy powody, żeby nawet nie spróbować?
Komentarze
Prześlij komentarz