PRZYJĘŁAM ZAPROSZENIE DO TVP!

Hejka!

Minął już ponad rok od mojego występu w TVP i chociaż przez większość czasu właściwie o tym nie myślę, od czasu do czasu wracam wspomnieniami do tamtego dnia. Z perspektywy czasu patrzę na niego zdecydowanie spokojniej niż wtedy, ale nadal mam w sobie pewien delikatny niesmak związany z tym, jak odebrałam atmosferę panującą na planie. Jednocześnie absolutnie nie chcę przedstawiać całej tej historii jako czegoś negatywnego, bo sam wyjazd był dla mnie ciekawą przygodą i doświadczeniem, którego pewnie nigdy bym nie zdobyła, gdybym wtedy powiedziała: „nie, dziękuję”.

Byliśmy akurat z mężem na kawie u znajomych, kiedy weszłam na Instagrama i zobaczyłam wiadomość z zaproszeniem do programu „Pytanie na śniadanie”. Przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło. Niby od wielu lat działam w internecie, pojawiałam się przed kamerą i różne mniej lub bardziej nietypowe propozycje już dostawałam, ale jednak zaproszenie do telewizji śniadaniowej w Polsce brzmiało zupełnie inaczej.

Decyzja była bardzo spontaniczna. Pomyślałam, że takie okazje nie zdarzają się codziennie i nawet jeżeli nic wielkiego z tego nie wyniknie, to przynajmniej będę miała kolejne ciekawe doświadczenie do kolekcji. Niestety mój mąż nie mógł polecieć ze mną, ponieważ miał już umówionych klientów i samochody do zrobienia, a trudno nagle poprzekładać ludzi tylko dlatego, że żona dostała zaproszenie do telewizji. 😂 Ostatecznie poleciała więc ze mną moja przyjaciółka, za co do dzisiaj jestem jej wdzięczna, bo jednak zupełnie inaczej przeżywa się takie rzeczy, kiedy obok jest ktoś znajomy.

Tematem rozmowy, do której mnie zaproszono, była bezdzietność. Samo wejście na żywo było oczywiście stresujące, chociaż chyba bardziej od stresu czułam ciekawość i adrenalinę. Zawsze interesowało mnie to, co dzieje się po drugiej stronie kamery – ten cały mechanizm, którego widz siedzący przed telewizorem właściwie nie zauważa.

Trochę rozbawiło (i zaszokowało jednocześnie) mnie jedynie to, że zostałam przedstawiona właściwie jako kompletny „no name”. Działam w przestrzeni medialnej od wielu lat, stworzyłam wokół siebie całkiem sporą społeczność i mam za sobą mnóstwo godzin spędzonych przed kamerą, dlatego przez moment pomyślałam sobie: okej, czyli tutaj jestem po prostu panią, która przyszła porozmawiać o bezdzietności. 😂 Nie zrobiłam jednak z tego żadnej tragedii, bo ostatecznie najważniejszy był temat rozmowy, a nie liczba obserwujących wyświetlona obok mojego nazwiska.

Znacznie bardziej utkwiła mi w pamięci atmosfera tuż przed naszym wejściem. Kiedy trwało już praktycznie odliczanie do transmisji na żywo, prowadząca komentowała poprzednią gościnię programu, która opowiadała o zabiegach medycyny estetycznej. Nie chcę po ponad roku przedstawiać własnego odbioru sytuacji jako jakiejś obiektywnej prawdy, ale ja odebrałam tę rozmowę jako zwyczajne obgadywanie kobiety, która dosłownie chwilę wcześniej siedziała w tym samym studiu. Poczułam się wtedy trochę niezręcznie. Jeszcze większe zdziwienie przyszło później, kiedy zobaczyłam ich wspólne, uśmiechnięte selfie.

Może jestem pod tym względem zbyt bezpośrednia, ale bardzo trudno przychodzi mi udawanie sympatii do kogoś, jeżeli chwilę wcześniej mówiłam o tej osobie coś nieprzyjemnego. Jestem szczera i zdaję sobie sprawę, że ta cecha prawdopodobnie nieraz przekreślała mnie w oczach różnych firm jako „idealną influencerkę”. Nie zawsze powiem to, co wypada powiedzieć, nie będę zachwalać czegoś tylko dlatego, że tak byłoby korzystniej i przede wszystkim nie potrafię przez cały czas grać pod publiczkę. Pewnie pod względem biznesowym nie zawsze jest to najmądrzejsza strategia. 😂 Ale przynajmniej mogę spokojnie patrzeć na to, co robię i mówię, bez zastanawiania się później, czy przypadkiem nie udawałam kogoś, kim nie jestem.

Z drugiej strony bardzo możliwe, że trafiłam po prostu na konkretny moment, konkretną rozmowę i na tej podstawie wyrobiłam sobie wrażenie, które wcale nie musi oddawać tego, jak wygląda praca w telewizji na co dzień. To był przecież tylko jeden dzień i kilka godzin mojego życia. Nie zamierzam więc na podstawie jednego doświadczenia wydawać wielkich osądów o całym środowisku, bo prawda jest też taka, że samo doświadczenie telewizji od środka było naprawdę fajne.

Mieszkając w Anglii miałam już wcześniej okazję pojawiać się na planach różnych produkcji jako statystka i zawsze bardzo lubiłam tę atmosferę pracy przy kamerach. Człowiek ogląda później gotowy materiał i widzi kilka minut filmu czy programu, a za tym wszystkim stoi mnóstwo ludzi, przygotowań, sprzętu, świateł, dźwięku i organizacji. Dlatego możliwość zobaczenia również polskiego studia telewizyjnego od środka była dla mnie czymś nowym i zwyczajnie ciekawym. No i oczywiście zobaczyłam siebie później w telewizji i odkryłam, że kamera telewizyjna najwyraźniej dodaje mi około 83 783 kilogramów. 😂 Na co dzień najczęściej nagrywam się telefonem przednią kamerą, znam swoje kąty, wiem, jak wyglądam w swoich filmach, a później nagle widzę siebie w telewizji i myślę: czy ja naprawdę tak wyglądam?! Oczywiście dzisiaj mnie to śmieszy, ale wtedy przeżyłam małe zderzenie z rzeczywistością.

Sam wyjazd do Warszawy wspominam natomiast bardzo dobrze, przede wszystkim dlatego, że poleciała ze mną przyjaciółka i dzięki temu z czegoś, co mogło być po prostu stresującym obowiązkiem, zrobiła się mała wspólna przygoda.



Przygoda zaczęła się już w samolocie i to zdecydowanie wcześniej, niż bym sobie tego życzyła. Siedziałyśmy już na pokładzie, teoretycznie gotowe do startu, ale samolot przez dłuższy czas nigdzie się nie ruszał. W końcu okazało się, że pojawiła się jakaś usterka związana z silnikiem i trzeba czekać na dostarczenie niewielkiej części. Racjonalna część mojego mózgu wiedziała, że skoro obsługa techniczna coś sprawdza i naprawia, to właśnie po to, żebyśmy mogły bezpiecznie polecieć. Ta mniej racjonalna część miała jednak zupełnie inne zdanie. 😂

Po ponad godzinie wszystko zostało naprawione, wystartowaliśmy, a ja przez resztę lotu analizowałam chyba każdy dźwięk wydawany przez samolot. Jak coś zaszumiało – silnik. Jak coś stuknęło – silnik. Jak zmienił się dźwięk – no przecież wiadomo, zaraz spadamy. Dzisiaj się z tego śmieję, ale wtedy naprawdę cieszyłam się, kiedy zobaczyłam ziemię.


Całe to doświadczenie zostawiło mi jednak coś jeszcze. Od tamtej pory trochę bardziej sceptycznie podchodzę do wiadomości w stylu: „zapraszamy cię do podcastu”, „może zrobimy wspólnego live'a” albo „chcielibyśmy porozmawiać z tobą na taki i taki temat”. Nie dlatego, że nie chcę rozmawiać – wręcz przeciwnie. Uwielbiam rozmowy z ludźmi, również z tymi, którzy mają zupełnie inne zdanie niż ja. Możemy się nie zgadzać, możemy mieć inne doświadczenia i możemy patrzeć na świat z kompletnie różnych perspektyw. Dla mnie właśnie wtedy rozmowa zaczyna być ciekawa.

Nie lubię jedynie sytuacji, w których mam poczucie, że ktoś nie chce ze mną porozmawiać, tylko chce wykorzystać moją obecność do stworzenia określonej narracji albo próbuje zrobić ze mnie debila. Dlatego dzisiaj zanim zgodzę się na takie zaproszenie, trochę bardziej zastanawiam się nad tym, kto mnie zaprasza, po co i w jakim kontekście. Poleciałam spontanicznie do Polski, wystąpiłam na żywo w telewizji, zobaczyłam studio od środka, spędziłam świetny dzień z przyjaciółką, przeżyłam małą samolotową traumę i wróciłam do Anglii z kolejnym doświadczeniem, którego nikt mi już nie odbierze. A ten lekki niesmak? Też był potrzebny.

Bo czasami nawet z fajnych doświadczeń nie wracamy wyłącznie z pięknymi wspomnieniami. Czasami wracamy również z większą świadomością tego, jakich ludzi i jaką atmosferę sami chcemy mieć wokół siebie.






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

FLONDRA W KUCHNI | WIELKI BOCHEN DLA CAŁEJ RODZINY!

FLONDRA W KUCHNI | DELIKATNY BOCHEN Z MAKIEM